Osoby, które chcą się podzielić wspomnieniami o kapitanie Leszku Wiktorowiczu prosimy o ich nadsyłanie na adres: sekretariat(@)pressclub.pl lub o kontakt pod nr telefonu 22 828 50 44.

Wypowiedzi kpt. ż.w. Leszka Wiktorowicza – Komendanta „Daru Młodzieży” z wywiadu udzielonego Mirze Urbaniak:

Znalazłem się na „Darze Młodzieży” w momencie wodowania – 12 listopada 1981 roku. Komendant pływającego jeszcze „Daru Pomorza” – kpt. ż. w. Tadeusz Olechnowicz chciał w 1982 roku popłynąć na regaty, a nikt nie wierzył, że do tego czasu powstanie nowy żaglowiec. Szukał więc chiefa na budowę. To stanowisko zaproponował mnie. W załodze nowego „Daru” był już starszy mechanik – Karol Kumala, bosman – Tadeusz Popiel, no i ja. Ale to były przecież wyjątkowe dni. Po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpiła weryfikacja przepustek; my je otrzymaliśmy, ale zniszczone zostało nasze biuro w stoczni, a część pracujących na budowie żaglowca stoczniowców przepustek nie dostała. Bywało więc, że pojawiali się na przykład początkujący cieśle. Wtedy właśnie utarło się powiedzenie: hebluj, hebluj chłopie, przyjdzie mistrz, to siekierką poprawi. Trzeba jednak przyznać, że cała stocznia wkładała dużo serca, aby zbudować piękny statek. A przydomek „żebrak’, który zdobył wtedy żaglowiec, wziął się stąd, że gdzie tylko można było, wszystko ściągano na budowę „Daru Młodzieży”. Ta nazwa budziła od początku wiele emocji, ale pomysł żeby nazwać żaglowiec „Dar Pomorza II” upadł. Nazwano go więc „Darem Młodzieży”. Dyskutowano wtedy zresztą o wszystkim. Między innymi o tym, czy zachować tradycyjne hamaki, czy zbudować dla studentów wygodne koje i kubryki – co popierał kpt. Olechnowicz. Początkowo niezadowolona była również stara załoga, przyzwyczajona na „Darze Pomorza” do przestrzeni i integrującego, wspólnego mieszkania. Załoga średnia pokładowa – na dziobie; oficerska – na rufie. Na nowym żaglowcu zamieszkali w osobnych kabinach. Nie dało się tu także przenieść z „Daru Pomorza” tradycji spożywania posiłków w osobnych mesach – komendant miał wstęp do oficerskiej mesy dopiero po zaproszeniu. Na „Darze Młodzieży” komendant jada posiłki z całą załogą.
Składki pieniężne na nowy żaglowiec zbierano wśród młodych ludzi, ale tak naprawdę koszt, stosunkowo niedrogiej budowy: pokryły Totalizator Sportowy, „Warta” i inne duże firmy. Polskie Linie Oceaniczne zwlekały z pożyczką dla Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, gdy jednak przyjechał z pieniędzmi Polskiej Żeglugi Morskiej rektor szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej i zaproponował kupno żaglowca – fundusze nagle się znalazły.

W ostatniej fazie na budowie pracowali studenci ze szkoły morskiej – uzbrajali „Dar”, zakładali żagle i olinowanie. To był rok 1982 i żywność kupowało się na specjalne karki. Chłopcy, pracujący wysoko na rejach swoje kartki żywnościowe zostawiali kolegom na pokładzie. Pewnego razu student z pokładu został wezwany na reje. Zapomniał co ma w kieszeni. Po chwili na stocznię im. Lenina spłynęły białe karteczki. Trwające w tym czasie ważne obrady organizacji partyjnej przerwano, a pod „Dar” podjechały samochody i obstawiono statek. Kiedy okazało się, że to nie były ulotki, chłopcom pozwolono wrócić do pracy.

W maju 1982 roku odbyły się próby morskie, podczas których statek zdał egzamin. Wrócił jeszcze do stoczni na małe poprawki, między innymi dobalastowanie, a pod koniec czerwca kpt. Tadeusz Olechnowicz objął dowództwo, przeprowadził żaglowiec do Gdyni i 4 lipca odbyło się podniesienie bandery na „Darze Młodzieży”. Po kilku dniach wyszedł w pierwszy rejs na regaty „Cutty Sark”. Popłynąłem jako kierownik praktyk, aby jesienią objąć statek. I tak się stało.

Lubię pływać na żaglach. W rejsie dookoła świata było do tego wiele okazji, a poza tym świetnie wyszkolona załoga, bo kiedy płynęliśmy do Australii, chłopcy byli już na statku cztery miesiące. Startowaliśmy w regatach Hobart – Sydney, i to był nasz ostatni port w Australii. Z powodu wiatru regaty zostały przerwane i duże żaglowce włączyły silniki, by zdążyć na uroczystości w Sydney. My też już sklarowaliśmy żagle, ale nagle powiał taki ładny baksztag, że zapytałem pilota czy możemy je znowu postawić. A żagle mieliśmy nowe, piękne. Postawiliśmy żagle i w asyście holowników z fontannami wody przed nami oraz setek łódek podeszliśmy pod most w Sydney. Przed mostem trochę przywiało, żaglowiec się przechylił i wyglądało jakby to zrobił celowo, aby się zmieścić – zostało nam 1,2 m zapasu. Trochę się spóźniliśmy, ale wyszło tak, jakby wszyscy czekali na królową. A pilot po tym rejsie powiedział, że teraz już może pójść na emeryturę, bo przeszedł pod żaglami pod mostem w Sydney. Prawdę mówiąc, to my na opinie w Australii zaczęliśmy pracować już od Fremantle. Organizator zlotu w Australii zapytał czy moglibyśmy się zaprezentować po odcumowaniu, a ja mu obiecałem postawienie żagli. W tym czasie na redzie portu stała szósta flota amerykańska, operująca w rejonie Zatoki Perskiej wraz z krążownikiem, na którym podpisywano pokój w Japonii. Postawiłem żagle i poszedłem prosto na amerykańskie okręty, w ostatniej chwili się odchylając i przechodząc o „rzut kamieniem”. Następnego dnia w całej prasie pojawiły się entuzjastyczne artykuły. I tak, po naszej wizycie w Australii, dzięki „Darowi Młodzieży” wiele osób z Polonii znów zaczęło przyznawać się do kraju.

Po 1989 roku zaczęły się kłopoty finansowe w Wyższej Szkole Morskiej i wtedy znalazł się Grek, mieszkający we Francji, który oglądał „Dar” w Rouen i zaproponował wyczarterowanie żaglowca do przewozu żeglarzy w portach francuskich. Zawarł z uczelnią umowę i statek popłynął na Morze Śródziemne. Po drodze było sporo osób, ale w Marsylii staliśmy się konkurencją dla zawodowych przewoźników, którzy zaczęli protestować. Czarterujący także wyrażał bezpodstawną pretensję do uczelni o brak licencji dla „Daru” jako statku pasażerskiego, zażądał 200 tysięcy dolarów i sprawę oddał do sądu w Marsylii, choć sprawy sporne – według umowy – miał rozstrzygać sąd w Gdyni. Mimo tego i mimo – jak się później okazało – pokrętnej przeszłości czarterującego, „Dar Młodzieży” został zaaresztowany. Nie zabrano nam co prawda dokumentów statku i nie założono kłódki na ster, ale nie mogliśmy opuścić portu. Po paru tygodniach zdecydowałem, że możliwa jest jedynie ucieczka. „Dar Młodzieży” stał przy falochronie, między dwoma zwodzonymi mostami, z których jeden był stale zamknięty, a drugi otwierano za zgodą kapitana portu. Pod statkiem stale był obecny przedstawiciel czarterującego. Kapitan portu, z którym się zaprzyjaźniłem, powiedział, że oczywiście nie może dać holownika i pilota, więc muszę poradzić sobie sam, ale obiecał nie zamykać mostu. Powiadomiłem uczelnię w Gdyni i pewnego dnia rano rozpoczęliśmy symulować przekładanie cum, po czym na springu rufowym odłożyliśmy się dziobem do wyjścia. Maszyna już pracowała, zaczęliśmy wychodzić w morze. Nagle usłyszeliśmy sygnał opuszczania mostu, ale było to pozorowanie. Za mostem stały okręty wojenne, którym oddaliśmy salut. Cały czas obok nas płynął motorówką przedstawiciel czarterującego krzycząc, żebyśmy rzucili kotwicę. Odpowiedziałem mu, że mogę to zrobić dopiero na redzie, a tam całą naprzód ruszyliśmy do kraju. Na drugi dzień podpłynęły do „Daru” dwa okręty wojenne. Pomyślałem, że Francuzi jednak nas złapali, ale byli to Hiszpanie. Ale na wszelki wypadek w kanale La Manche płynęliśmy wzdłuż brzegów angielskich.

Moje przyjście na „Dar Młodzieży” było przypadkowe. Pływałem wtedy jako starszy oficer na dużych zbiornikowcach i miałem okazję awansować na kapitana, a to była elita w polskiej flocie. O przyjściu na „Dar Młodzieży” zadecydowało dwanaście lat na „Darze Pomorza”, gdzie pływałem z kapitanem Jurkiewiczem i przeszedłem przez wszystkie stanowiska.

Co lubię w „Darze Młodzieży”? Po rejsie dookoła świata stwierdzam, że jest bezpieczny – praktycznie niezatapialny. Ma dzielone zbiorniki balastowe, największą prędkość osiąga więc nie przy przechyłach, ale w pozycji normalnej. – tak dobrany jest kadłub. To wszystko trzeba wiedzieć, by go wyczuć. No i polubić.

Ja go po prostu kocham, a on mnie też – mam nadzieję.